Ciemny magazyn świata. Dlaczego dostajemy raczej to, czego oczekujemy niż to, czego naprawdę potrzebujemy?

Maciej Ostaszewski – menedżer i praktyk zarządzania z doświadczeniem w prowadzeniu zespołów w korporacjach oraz firmach MŚP. Informatyk z wykształcenia, łączy kompetencje technologiczne z zainteresowaniem psychologią i przywództwem opartym na zaufaniu. Dziś buduje zespoły hybrydowe, w których ludzie współpracują z autonomicznymi agentami AI.

Jest takie doświadczenie, które zna chyba każdy: bardzo czegoś chcemy, wkładamy w to energię – a mimo to raz po raz dostajemy nie to, na co liczyliśmy. Albo odwrotnie: dostajemy dokładnie to, czego się spodziewaliśmy, tyle że wcale nie to nam było potrzebne.

Długo wydawało mi się, że to kwestia szczęścia albo „przyciągania”. Im więcej jednak czytam, tym mocniej widzę, że stoi za tym całkiem konkretny mechanizm. I że da się go rozłożyć na kilka warstw.

Warstwa pierwsza: uwaga jest reflektorem.

W psychologii funkcjonuje znana metafora „reflektora” albo „snopa światła”: nasza uwaga działa jak wiązka, która oświetla wybrany fragment rzeczywistości. To, co znajdzie się w snopie, jest przetwarzane wyraźnie i szczegółowo. Reszta, choć fizycznie obecna, schodzi na dalszy plan albo znika zupełnie.

Najlepiej pokazują to badania nad tzw. ślepotą pozauwagową. W słynnym eksperymencie Daniela Simonsa i Christophera Chabrisa z 1999 roku uczestnicy tak intensywnie liczyli podania piłki, że znaczna część z nich w ogóle nie zauważyła osoby w stroju goryla, która spokojnie przeszła przez sam środek sceny. A to dlatego, że to właśnie na piłkę i związane z nią zadanie był skierowany ich „reflektor”.

To pierwszy trop: nie widzimy świata takiego, jaki jest. Widzimy to, co oświetla nasza uwaga.

Warstwa druga: oczekiwania potwierdzają same siebie.

Idźmy dalej. Reflektor uwagi nie porusza się przypadkowo – kieruje nim to, czego się spodziewamy. A kiedy już coś zauważymy, nasze oczekiwania wpływają jeszcze na to, jak to zinterpretujemy i którym informacjom nadamy wagę.

Klasyczny termin to confirmation bias – efekt potwierdzenia. To skłonność do szukania i odczytywania danych w sposób zgodny z tym, w co już wierzymy. Najpełniej opisał to zjawisko Raymond Nickerson w przeglądzie z 1998 roku, pokazując, jak bardzo jest ono powszechne i jak wiele przybiera postaci. Domyślnie szukamy dowodów, które nas utwierdzają w przekonaniach, a wobec dowodów przeciwnych stajemy się nagle bardzo wymagający.

Efekt jest taki, że przekonanie, z którym budzimy się rano, do wieczora zdąży zebrać sporo „potwierdzeń” – nie dlatego, że było prawdziwe, ale dlatego, że sami je selektywnie karmiliśmy.

Warstwa trzecia: oczekiwanie zmienia zachowanie.

Tu robi się najciekawiej. Oczekiwanie nie tylko filtruje to, co widzimy. Ono zmienia to, co robimy, a przez to realnie wpływa na wynik naszego działania.

Tak właśnie działa mechanizm samospełniającego się proroctwa (self-fulfilling prophecy), pojęcie wprowadzone przez socjologa Roberta Mertona. Jeśli zakładam, że rozmowa pójdzie źle, wchodzę na nią spięty, chłodny i defensywny – i rzeczywiście prowokuję reakcję, której się bałem. Zakładam, że i tak mi nie wyjdzie, więc odpuszczam wcześniej – i faktycznie nie wychodzi. Oczekiwanie „domyka koło”: zaczynam działać tak, jakby przewidywany rezultat był pewny, i sam zwiększam jego prawdopodobieństwo.

W relacjach i edukacji blisko tego jest tzw. efekt Pigmaliona, opisany przez Roberta Rosenthala – obserwacja, że oczekiwania nauczycieli potrafią wpływać na wyniki uczniów. Warto tu jednak zachować ostrożność, bo późniejsze, bardziej rygorystyczne badania pokazały, że w praktyce efekt ten bywa niewielki, szybko wygasa i rzadko się kumuluje. Innymi słowy: samo oczekiwanie nie jest magicznym sprawcą. Ale w splocie z naszym zachowaniem – z tym, co mówimy, jak patrzymy, ile dajemy prób – potrafi realnie przechylać szalę.

Warstwa czwarta: potrzeba to nie to samo, co oczekiwanie.

I tu dochodzimy do sedna. Potrzeba bywa głęboka, ale często nienazwana. Oczekiwanie jest bliżej powierzchni – jest już ubrane w obraz, w słowa, we wcześniejsze doświadczenia, w lęki i aspiracje.

Dlatego można oczekiwać awansu, uznania, pieniędzy, kontroli albo potwierdzenia własnej racji – podczas gdy potrzebuje się bezpieczeństwa, sprawczości, bliskości, sensu albo po prostu odzyskania kontaktu ze sobą. Oczekiwanie jest tłumaczeniem potrzeby na język, który akurat mamy pod ręką. A tłumaczenie bywa niewierne.

I stąd dochodzimy do sedna: nie dostajemy po prostu tego, czego chcemy. Częściej dostajemy to, co potrafimy zobaczyć, nazwać i po co umiemy sięgnąć.

Anita Moorjani ujęła to obrazem, który do mnie wraca (parafrazuję): w ciemnym magazynie świata nie poruszamy się według pełnej mapy rzeczywistości, tylko według tego, co oświetla nasza uwaga – a tę kierują przekonania, wcześniejsze doświadczenia, lęki, pragnienia i wyobrażenia o własnych możliwościach.

Magazyn jest pełen, tylko my chodzimy po nim z latarką wąskiego snopa światła wycelowaną tam, gdzie zawsze. W ten sposób sami zawężamy swoje spektrum działania, skupiając się wyłącznie na tym, co już znamy i potrafimy przewidzieć.

Co z tym zrobić?

Dobra wiadomość jest taka, że w każdą z tych warstw można wejść świadomie.

Można poszerzyć snop reflektora – zapytać siebie: czego tu nie widzę, bo nie tego szukam? Można sprawdzać przekonania zamiast je karmić – potraktować je jak hipotezę i świadomie poszukać kontrprzykładów: faktów, doświadczeń lub perspektyw, które nie pasują do naszej pierwszej interpretacji. Nie chodzi o to, by na siłę udowodnić sobie coś odwrotnego, lecz by testować własne założenia w kontakcie z rzeczywistością. Można rozłączyć oczekiwanie od zachowania – zauważyć, że wchodzę w rozmowę „już przegraną”, i mimo to zachować się inaczej.

Ale przede wszystkim warto zejść z poziomu oczekiwania na poziom potrzeby. Zanim kolejny raz sięgnę po to, czego chcę, mogę się zatrzymać i zapytać: czego ja tak naprawdę tutaj potrzebuję? Bardzo często okazuje się, że to coś zupełnie innego, niż podpowiadała latarka.

I znów najważniejszy jest ten moment zatrzymania. Bo dopóki działamy z automatu, dostajemy to, czego się spodziewamy. Dopiero kiedy zauważymy sam reflektor, możemy zacząć nim świadomie poruszać.

Źródła:

  1. Jussim, L., & Harber, K. D. (2005). Teacher Expectations and Self-Fulfilling Prophecies: Knowns and Unknowns, Resolved and Unresolved Controversies. Personality and Social Psychology Review, 9(2), 131–155. https://journals.sagepub.com/doi/10.1207/s15327957pspr0902_3
  2. Nickerson, R. S. (1998). Confirmation Bias: A Ubiquitous Phenomenon in Many Guises. Review of General Psychology, 2(2), 175–220. https://doi.org/10.1037/1089-2680.2.2.175
  3. Merton, R. K. (1948). The Self-Fulfilling Prophecy. The Antioch Review, 8(2), 193–210. https://www.jstor.org/stable/4609267
  4. Rosenthal, R., & Jacobson, L. (1968). Pygmalion in the Classroom: Teacher Expectation and Pupils’ Intellectual Development. New York: Holt, Rinehart & Winston.
  5. Simons, D. J., & Chabris, C. F. (1999). Gorillas in Our Midst: Sustained Inattentional Blindness for Dynamic Events. Perception, 28(9), 1059–1074. https://journals.sagepub.com/doi/10.1068/p281059
  6. Posner, M. I. (1980). Orienting of Attention. Quarterly Journal of Experimental Psychology, 32(1), 3–25. https://doi.org/10.1080/00335558008248231
  7. Moorjani, A. (2013). Umrzeć by stać się sobą. Podróż od choroby, przez otarcie się o śmierć, do prawdziwego uzdrowienia (oryg. Dying to Be Me). Białystok: Studio Astropsychologii.