– Jak opiekowałaś. się sobą w minionym tygodniu? – gdy zadaję to pytanie kobietom, często najpierw obserwuję ich zaskoczenie i bywa, że któraś wybucha śmiechem: – Nie żartuj, dobrze wiesz, że opiekować to ja się muszę innymi, nie sobą!
Równie często słyszę:
– Pozwoliłam sobie na egoizm, zrobiłam coś dla siebie… – odpowiedź, w której „zrobić coś dla siebie” oznacza czasami pójść na masaż, na jogę, do kosmetyczki, kupić sobie coś, albo czegoś nie robić („odpuściłam weekendowe porządki”), ale niemal zawsze znaczy „bycie egoistką”. – Pozytywną! – zastrzegają się kobiety.
Nie dziwi mnie nazywanie przez nas, kobiety, dbania o innych „czymś normalnym”, a o siebie egoizmem – żyjemy w kulturze, która od najmłodszych lat zachęca nas do rozwijania cech związanych z opieką, łagodnością, wspólnotowością, a nawet samopoświęceniem. Mimo coraz większej świadomości i postępu, stereotypy dotyczące płci są głęboko zakorzenione i odporne na zmiany, co pokazuje wiele badań, jak np. to przeprowadzone niedawno w Polsce i opatrzone tytułem Matka Polka Wychodzi z Domu. Wynika z niego, że nad polskimi kobietami ciąży silny, emocjonalny wzorzec „Matki Polki”, który podtrzymuje skłonność do poświęcenia i ignorowania własnych potrzeb kosztem fizycznego i emocjonalnego dobrostanu.
Świadomość, że kobiety są uczone, by przedkładały potrzeby innych nad własne i że stereotypy często zderzają się z tym, jak naprawdę konkretne osoby się czują, może pomóc uważniej potraktować dobrostan kobiet. Czy apele „musisz dać sobie prawo do odpoczynku!”, „bądź silna”, „bądź autentyczna” – bez realnego wsparcia, które uwzględnia fakty z życia kobiet, to, jak żyją i z jakimi wyzwaniami mierzą – są tym, czego potrzebujemy? Czy rzeczywiście potrzebujemy pozornie motywujących, a finalnie wtrącających w poczucie winy zdań: „Same to sobie robimy”, „Wszystko jest w głowie”, „Wszystko jest kwestią dobrej organizacji”, „Wszystkiemu winne niskie poczucie własnej wartości”? Ilekroć je słyszę, przypominam sobie fragment „Biegnącej z wilkami”, w którym Clarisa Pinkola Estes pisze: „Jeśli hodujesz roślinę, która choruje, bo trzymasz ją w ciemnym, ciasnym pomieszczeniu i przemawiasz do niej uspokajająco, to jest to pocieszanie; gdy wyniesiesz ją na słońce, podlejesz i dopiero wtedy z nią rozmawiasz, wówczas właściwie ją pielęgnujesz”. Nie potrzebujemy „pociechy” i „dopingu” z pominięciem wpływu środowiska, warunków, w jakich żyjemy i nieświadomych, zachodzących w naszej kulturze każdego dnia transakcji między kobietami a mężczyznami, które są zawierane ze szkodą dla obu płci. Czego zatem potrzebujemy?
„Na miły Bóg, czego chcą kobiety?” pytanie Freuda odbijające się echem w przekonaniu, że „baby są jakieś dziwne” nadal ma wpływ na nas wszystkich zamykając złożoną istotę człowieczeństwa w pudełka z napisem „męskie” (w domyśle: racjonalne, zdecydowane, silne, indywidualistyczne) i „kobiece” (emocjonalne, słabe, nielogiczne i współpracujace). Caroline Criado Perez, która jak mało kto przyczyniła się do zrozumienia sytuacji kobiet na całym świecie, błyskotliwie stwierdza, że rozwiązanie „zagadki kobiecości” Freuda „od początku narzuca się samo. Co trzeba zrobić? Zapytać kobiety”.
– Czego potrzebujesz? – gdy zadaję to pytanie, częstą reakcją kobiet są łzy. Pytanie „Czego potrzebujesz w tej chwili?”, a dokładniej „Czego potrzebujesz, aby złagodzić swoje cierpienie, dyskomfort, ból?” jest kwintesencją samowspółczucia, umiejętności traktowania siebie z taką samą życzliwością, jaką naturalnie okazałybyśmy dobrej przyjaciółce.
Odkąd natrafiłam na prace dr Kristin Neff, która od ponad dwudziestu pięciu lat prowadzi badania nad Self–Compassion, i sama zaczęłam praktykować samowspółczucie oraz proponować je klientkom, obserwuję jak użyteczna jest to umiejętność. Nie jest to żaden wyrafinowany stan umysłu, którego osiągnięcie wymaga lat praktyki medytacyjnej czy specjalnych warunków. Na najbardziej podstawowym poziomie samowspółczucie wymaga po prostu bycia przyjaciółką dla samej siebie. Myślę, że m in dlatego wyciska łzy, uruchamia płacz płynący głównie z ulgi i wzruszenia, nie smutku: dzieje się tak, ponieważ większość kobiet wie, jak być dobrą przyjaciólką, przynajmniej dla innych. Uczyłyśmy się przez lata, co powiedzieć, kiedyś ktoś z naszych bliskich czuje się nieswojo, stoi przed trudnym życiowym wyzwaniem lub cierpi. „Bardzo mi przykro. Jak mogę cię wesprzeć? Czego ci trzeba? Pamiętaj, że jestem z tobą”. Rozumiemy, jak mówić miękko, ciepło i czule, jak rozluźnić ciało, umiejętnie wykorzystać dotyk, aby pokazać, że nam zależy, przytulając drugą osobę lub trzymając ją za rękę. A ponieważ (samo)współczucie ma również waleczną stronę – wiemy również, jakie zdecydowane działania podjąć na rzecz naszyc bliskich, by stanąć w ich obronie, odeprzeć atak lub zmotywować do czynu (podobno scenarzysta „Marvel Comics” Jack Kirby, kiedy był świadkiem wypadku samochodowego i zobaczył matkę, która uniosła auto, aby uratować uwięzione pod nim dziecko, zainspirował się do stworzenia Incredible Hulk. Oto czym jest waleczna strona opiekuńczości!).
– Ah, jeśli chodzi o innych, potrafię być asertywna, działać mimo lęku i zwątpienia – mówią kobiety. – Jeśli chodzi o bliskich, jestem zdecydowanie bardziej wyrozumiała, życzliwsza i czulsza niż dla samej siebie.
– Dobra wiadomość jest taka, że doskonale wiesz, jak to robić – odpowiadam. – Możesz teraz objąć tą opieką samą siebie.
Tysiące badań opisało związek pomiędzy samowspółczuciem a dobrym zdrowiem, dobrostanem, oferuje ono bowiem wiele sposobów na złagodzenie cierpienia lub dyskomfortu w zależności od tego, czego potrzebujemy w danej chwili.
– Czego potrzebujesz w tej chwili? – pytam klientki, które przynoszą na nasze spotkania opis swojej pustki, bólu i zmagań.
– Spokoju – słyszę najczęściej w pierwszej odpowiedzi. Lub równie często – większej pewności siebie.
Nauczyłam się, pracując zawodowo z kobietami blisko trzydzieści lat i przyglądając się samej sobie z coraz większym zrozumieniem, że jeśli cierpliwie powtarzamy to pytanie „Czego potrzebuję?” i wsłuchujemy we własne odpowiedzi – nie zważając na nawoływanie, co „powinnyśmy zrobić”, bo „jesteśmy tego warte”, wiedząc już, że „To, co cię nie zabije…” zwykle tylko cię nie zabije, a niekoniecznie wzmocni – rośniemy w siłę, która wyrasta z życzliwości.
Twierdzę, że dobrostan wyrasta z dobrych relacji – z samą sobą, z drugą osobą, ze światem. Kultura, w której żyjemy nie tylko kreśli grubą krechę między tym, co „męskie” i „żeńskie”, ale i wychowuje nas w przekonaniu, że jesteśmy niezależnymi sprawcami, że kontrolujemy siebie, swój los, życie i śmierć. Kiedy wchodzimy w tę narrację, że to my jesteśmy omnipotentnym kowalem własnego losu, zapominamy o naszej istotnej współzależności – o tym, że wszystkie nasze działania zachodzą w większej sieci przyczyn i wzajemnych uwarunkowań. „Czułość dostrzega między nami więzi, podobieństwa i tożsamości” przypomina Olga Tokarczuk. Czułość to składowa samowspółczucia.
Obserwuję w swojej praktyce psychologicznej, że samowspółczucie ma szczególne znaczenie dla dobrostanu kobiet. Umożliwia ochronę, zaspakajanie potrzeb i (samo)motywowanie, by zmienić własną sytuację, by się rozwijać. W poniższych tekstach skupiam się na „zabieraniu głosu” jako jednej z dróg do budowania dobrostanu przez kobiety. „Być usłyszaną” oznacza dosłownie zabrać głos publicznie – radzić sobie z przerywaniem, protekcjonalnym traktowaniem, mansplainingiem – ale i zaprzestać samouciszania (self-silencing) definiowanego jako „skłonność do tłumienia, wyciszania myśli i uczuć w celu utrzymania bezpiecznych relacji, zwłaszcza intymnych”. „Niesłuchanie siebie” oznacza też priorytetowe traktowanie potrzeb innych i jest źródłem niekorzystnych dla zdrowia ról i zachowań, w jakie wchodzą kobiety. Samowspółczucie może pomóc otoczyć siebie troską i wsparciem równym temu, jakie oferujemy innym, a tym samym zadbać o kobiecy dobrostan.