To, co zostaje. O przemijaniu, sensie i książce Jima Collinsa „What to Make of a Life”

Piotr Karpowicz – absolwent XII edycji Akademii Psychologii Przywództwa APP i ekspert z ponad 25-letnim doświadczeniem w sektorze bankowym. Obecnie pełni funkcję Wiceprezesa Zarządu ds. Handlu w Banku Spółdzielczym w Wysokiem Mazowieckiem. W swojej praktyce i autorskich tekstach chętnie łączy twarde realia biznesowe z psychologią przywództwa, poszukując prostych rozwiązań dla skomplikowanych wyzwań współczesnego zarządzania. Jest również Przewodniczącym Rady MBA Business Club WANS przy Wschodnioeuropejskiej Akademii Nauk Stosowanych w Białymstoku

Są książki, które odpowiadają na pytania. I są takie, które sprawiają, że zaczynamy je zadawać inaczej. Najnowsza książka Jima Collinsa What to Make of a Life należy do tej drugiej kategorii – i jednocześnie wyraźnie różni się od jego wcześniejszych prac. Collins zasłynął jako autor książek o przywództwie i trwałej wielkości organizacji, takich jak Good to GreatBuilt to Last czy Great by Choice, w których analizował, co sprawia, że firmy osiągają ponadprzeciętne wyniki i utrzymują je w czasie. To właśnie tam pojawiły się jego najbardziej znane koncepcje: zasada jeża (Hedgehog Concept), mechanizm koła zamachowego (Flywheel) czy dyscyplina działania (20-Mile March). What to Make of a Life nie jest jednak kolejną książką o tym, jak budować wielkie organizacje ani jak skuteczniej zarządzać. To raczej spokojne odejście od pytania o wielkość na rzecz pytania znacznie bardziej osobistego: co sprawia, że życie –  niezależnie od skali osiągnięć – jest warte przeżycia.

Z perspektywy polskiego czytelnika – i szerzej, z perspektywy naszego doświadczenia kulturowego – pierwsze wrażenie może być niejednoznaczne. Ta książka jest „amerykańska” w swoich przykładach, w biografiach, które przywołuje, w świecie, który opisuje. Ale to, co w niej naprawdę istotne, nie należy do żadnego kontekstu narodowego. Nie jest też związane z konkretnym systemem zarządzania ani z jedną szkołą przywództwa. Jej rdzeń jest gdzie indziej. To, co w tej książce okazuje się uniwersalne, nie ma postaci idei. Ma postać doświadczenia. Doświadczenia życia jako procesu przechodzenia przez coś, co Collins nazywa mgłą i klifami. Mgła to momenty, w których nie widać kierunku. Klify to momenty, w których kończy się coś, co było oczywiste. To nie są kategorie teoretyczne. To są sytuacje, które każdy człowiek rozpoznaje – niezależnie od miejsca, języka czy zawodu. W tym sensie książka Collinsa nie opowiada o sukcesie, o przywództwie ani o rozwoju. Opowiada o tym, co dzieje się wtedy, gdy dotychczasowy sposób rozumienia życia przestaje działać.

Jest w tej książce jedna scena, która zostaje na długo. Collins opisuje spotkanie z Jackiem Bogle’em – człowiekiem, który stworzył jedną z największych instytucji finansowych na świecie. Spotyka go jednak już nie jako lidera, nie jako twórcę, ale jako starszego człowieka, fizycznie osłabionego, wycofanego z życia instytucjonalnego. I zauważa coś bardzo prostego – intensywność spojrzenia, „ogień w oczach”. To doświadczenie nie jest analizą ani wnioskiem. Jest raczej momentem rozpoznania: że to, co w człowieku najważniejsze, może pozostać nawet wtedy, gdy wszystko, co zewnętrzne, przeminie. Podobne napięcie pojawia się w historii Debry Winger, która w szczycie kariery wycofuje się z kina – nie dlatego, że traci możliwość działania, lecz dlatego, że przestaje się odnajdywać w jego formie. Z zewnątrz wygląda to jak rezygnacja, z perspektywy wewnętrznej jest raczej próbą zachowania spójności z tym, co dla niej ważne. Czytana z tej perspektywy, książka Collinsa okazuje się w istocie cichą opowieścią o przemijaniu przywództwa – nie jako utracie, lecz jako zmianie formy sensu.

To jest pierwszy poziom jej uniwersalności. Nie dotyczy ona określonej grupy ludzi. Nie dotyczy tylko liderów, menedżerów czy osób w określonym wieku. Dotyczy każdego, kto w pewnym momencie swojego życia doświadcza utraty oczywistości. Każdego, kto musi zadać sobie pytanie nie o to, jak osiągnąć więcej, ale o to, jak dalej żyć, gdy to, co było miarą sensu, przestaje nią być. W tym miejscu pojawia się drugie napięcie, które czyni tę książkę ważną – napięcie między rolą a byciem. Collins nie nazywa go wprost, ale jego obecność jest wyraźna w każdej historii, którą przywołuje. Ludzie, których opisuje, tracą role, zmieniają je, wychodzą z nich albo przestają się w nich mieścić. To może być utrata stanowiska, zakończenie kariery, zmiana etapu życia. Ale to, co jest naprawdę istotne, dzieje się nie na poziomie funkcji, lecz na poziomie tożsamości. Pytanie, które pojawia się w tej książce, nie brzmi: co zrobić po zakończeniu jednej roli. Brzmi: co zostaje z człowieka, gdy rola przestaje być źródłem sensu. To pytanie ma charakter uniwersalny, bo dotyczy każdego życia, które nie zatrzymuje się w jednym miejscu. Każde przywództwo – niezależnie od tego, czy ma wymiar organizacyjny, społeczny czy osobisty – jest w pewnym sensie czasowe. Każda rola, nawet najbardziej znacząca, ma swój moment kulminacyjny i moment przemijania. Książki o przywództwie rzadko zajmują się tym drugim momentem. Collins robi to pośrednio, ale konsekwentnie. Nie proponuje odpowiedzi. Nie mówi, jak przejść przez ten etap. Ale pokazuje coś ważniejszego: że przemijanie nie jest błędem w strukturze życia, lecz jego częścią. Nie jest problemem do rozwiązania, tylko doświadczeniem do przeżycia.

W innym miejscu Collins przywołuje historię Jimmy’ego Cartera, którego najbardziej spójna i konsekwentna praca zaczyna się dopiero po zakończeniu prezydentury – jakby sens nie znikał wraz z rolą, lecz zmieniał swój kierunek. To przesunięcie nie polega na powrocie do dawnej formy wpływu, ale na znalezieniu innego sposobu bycia użytecznym. W tym sensie książka Collinsa spotyka się z tym, co w myśleniu psychologicznym – także w pracy Jacka Santorskiego – zostało już rozpoznane jako zmiana paradygmatu. Przejście od kontroli do relacyjności. Od przekonania, że życie można zaprojektować i zarządzać nim, do uznania, że życie jest procesem, z którym można być w relacji, ale którego nie da się w pełni kontrolować.

Collins nie używa tego języka. Nie odwołuje się do psychoterapii ani do teorii relacyjnych. A jednak jego książka prowadzi dokładnie w tę stronę. Widać to w jego własnej zmianie – w sposobie, w jaki zaczyna mówić o ludziach, o odpowiedzialności i o sensie. Przestaje interesować go wielkość w rozumieniu skali i wpływu. Zaczyna interesować go coś znacznie bardziej subtelnego – zgodność życia z tym, co dla człowieka naprawdę ważne. To jest trzecia warstwa uniwersalności tej książki. Przesunięcie sensu z osiągania na odpowiedzialność. Z pytania „co osiągnąłem” na pytanie „za co odpowiadam”. To nie jest zmiana retoryczna. To jest zmiana egzystencjalna. W kulturze, która nagradza widoczność, tempo i rezultaty, taka zmiana nie jest oczywista. Wymaga zatrzymania. Wymaga zgody na to, że sens nie zawsze będzie miał spektakularną formę. Wymaga także pewnej pokory wobec życia innych ludzi – uznania, że nie widzimy wszystkiego, co składa się na ich wybory i ich drogę. Collins dochodzi do tego punktu bardzo spokojnie. Nie buduje teorii, nie daje nowych narzędzi. Raczej rezygnuje z części wcześniejszych przekonań. I to jest być może najbardziej uniwersalny element tej książki: gotowość do zmiany własnego myślenia, nawet jeśli oznacza to porzucenie tego, co wcześniej działało.

W tym miejscu pojawia się pytanie o sens wydania tej książki w Polsce. Nie jako projektu wydawniczego, ale jako gestu w przestrzeni kulturowej. Bo jeśli spojrzeć na polski kontekst – na sposób, w jaki mówimy o przywództwie, rozwoju i sukcesie – widać, że wciąż dominuje język pierwszej połowy życia. Język wzrostu, efektywności, osiągania, budowania. To są ważne obszary. Ale nie wyczerpują doświadczenia życia. Nie odpowiadają na pytania, które pojawiają się później – albo pojawiają się wcześniej, lecz nie znajdują języka. Książka Collinsa może wypełnić tę lukę nie dlatego, że daje odpowiedzi, ale dlatego, że legitymizuje pytania. Pokazuje, że można mówić o życiu inaczej. Że można zatrzymać się przy momentach niepewności, przemijania i zmiany, bez potrzeby ich natychmiastowego „rozwiązania”. Jej uniwersalność polega na tym, że nie jest związana z żadnym konkretnym modelem życia. Nie proponuje jednej drogi. Pokazuje raczej, że drogi są różne, a to, co je łączy, to konieczność przejścia przez momenty, w których trzeba na nowo określić, co jest ważne. Dlatego jej wydanie w Polsce nie byłoby kolejną publikacją z obszaru przywództwa czy rozwoju osobistego. Byłoby wprowadzeniem do przestrzeni publicznej innego języka. Języka, który nie upraszcza życia do celu i rezultatu, ale pozwala zobaczyć je jako proces obejmujący zarówno wzrost, jak i przemijanie.

To jest książka, która nie krzyczy. Nie oferuje szybkich odpowiedzi. Nie obiecuje zmiany życia w kilku krokach. Ale zostaje. Zostaje, bo dotyka czegoś, co jest wspólne – niezależnie od tego, gdzie żyjemy, czym się zajmujemy i na jakim etapie życia jesteśmy. Być może właśnie dlatego warto ją wydać. Nie dlatego, że odpowiada na pytania, które już znamy. Ale dlatego, że pomaga zobaczyć, że są pytania, które dopiero zaczynamy rozumieć. I że to, co w życiu najważniejsze, nie pojawia się wtedy, gdy wszystko jest jasne, lecz właśnie wtedy, gdy dotychczasowe odpowiedzi przestają wystarczać.